czwartek, 13 grudnia 2018

Rocznica ... czego?!

13 grudnia 1981 wielu z nas obudziła cisza, też ta radiowa, a szum emitowany przez echo mikrofalowego  promieniowania tła z kosmosu w telewizorze - przekonał o tym ,,, "że nie będzie tej niedzieli Teleranka” z jakiegoś "ważnego" powodu. Większość z nas nie zdawała sobie sprawy, choć przeczuwała, że "to" może nastąpić. Mówiło się wówczas o stanie wyjątkowym, a tu masz... 

Stan wojenny 

.
Tak z perspektywy małego miasteczka w dawnym koszalińskim. Trochę przypominało to groteskę, późniejszy klimat w pewnym sensie podobny do scen z filmu Sylwestra Chęcińskiego „Rozmowy kontrolowane”.


Najsłynniejsze zdjęcie stanu wojennego, tamtych czasów
Długo by o tym pisać, każde z nas, świadome dorosłością, tym co się dzieje w kraju - według własnego osądu przeżywało to na swój sposób. 

Jedni zakopywali w ogródku książki wydawnictwa „Nova”, bojąc się, że je  „znajdą”. Tak straciłem bezpowrotnie swój „Folwark zwierzęcy” pożyczony jednemu ze znajomych, „dorosłych aktywistów” Solidarności i członków MKK NSZZ.

Drudzy, naprawdę rozsądnie,  upychali gdzie się dało - ważne dokumenty związkowe, listy i papiery – by naprawdę nie wpadły w niepowołane ręce. 

Próbowaliśmy, z perspektywy małego miasteczka, ogarnąć to co się dzieje. 
Dopiero łoskot i rumor jadących czołgów, wprawił nas w osłupienie i niepokój. 

Ta „wycieczka” jednostek z Kołobrzegu zrobiła, propagandowo, na nas wrażenie. Zrozumieliśmy, że dzieje się coś bardzo, ale to bardzo złego. Jak to młodziaki – wyleźliśmy na ulice. Machając, odżałowanym na wagę złota, „wagonem” Ekstra Mocnych z filtrem - udało się nam na chwilę zatrzymać ostatni pojazd, odstający od kolejnej przejeżdżającej grupy. Przejeżdżającej co jakiś czas przez miasteczko. 

W luku wiedzieliśmy tak samo przestraszone oczy, równolatka, kierowcy.  Domyśliliśmy się, bo widać dokładnie nie sposób, że wzruszył tylko ramionami. Pokręcił głową, pokazał za siebie i w kierunku  wieży. Znajomy podał mu papierosy. Motor rurami zadymił, czołg ryknął i pojechał z łoskotem gąsienic dalej, kierując się na drogę do Słupska. 

Od tego dnia było już wszystko inne. Wcześniej z wypiekami na twarzach czytaliśmy teleksy informacyjne informujące m.in o Kongresie Kultury, o pomalowanych autobusach „San”, które gdzieś, ktoś zabrał na poligon. W większości bzdety wystukiwane na papierze dalekopisów, które docierały oficjalnie z poczty (UPT) do siedziby Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego NSZZ w maleńkiej zapyziałej gminie. Gdzieś na końcu świata polityki i zaściankowego życia tamtych lat.  Gdzie wszystko się mieszało - dobro ze złem, strach ze śmiechem, ogłupiali i pogubieni w swoich pomysłach na życie ludzie.

Oczy tego chłopaka w czołgu mówiły więcej niż nieustanny  komunikat – substytut Teleranka w telewizji. Mam je w pamięci i miałem wówczas wtedy gdy ze strachem w portkach i w sercu woziliśmy ulotki. Gdy patrzeliśmy nie raz, na zziębniętych, w uszankach na głowach,  żołnierzy sprawdzających  przepustki w autobusach PKS. 

My drżeliśmy ze strachu (bo przepustki były kombinowane na lewo), a oni z zimna. Gdy woziliśmy wałówę studentom. Gdy lataliśmy po ulicy nomen omen "Zwycięstwa" w Koszalinie - "drąc ryja" przed ratuszem - hasłami nikomu teraz niepotrzebnymi.  Gdy wialiśmy do katedry przed pałkami. Gdy się dowiadywaliśmy za wódkę, gdzie są ośrodki internowania w okolicach Drawska etc. 

Teraz tak patrzę w przeszłość i się zastanawiam, jak z tej perspektywy jest to teraz  śmieszne, mało ważne i nieistotne. Wręcz czasem bardzo głupie. To co z narażeniem wszystkiego robiliśmy. Jak traktowaliśmy, jak myśleliśmy. Jak ja myślałem. 
Przypominam sobie ze smutkiem jak mój ojciec pomagał schować, ukryć  materiały, które „udało mi się uchronić”. Były to zwoje teleksów do naszej komórki MKK, listy członków, i inne ważne dokumenty moim zdaniem  (byłem najmłodszym członkiem Komitetu, miałem dostęp do dokumentów, i je starałem eis ochronić). Mój Tata bał się tak jak i ja. A ja Jego strach widziałem i czułem. 

A  potem ... one najzwyczajniej zostały  spalone. Te papiery z taką pieczołowitością schowane, przechowywane – gdy zelżało i oddałem je prawowitym właścicielom. Członkom wyższych ostałych się struktur solidarnościowych sprzed wybuchu stanu. 

Byłem dumny, że "walczyłem" w słusznej sprawie … do czasu. Do czasu gdy ci moi Solidarnościowi "drąc ryja na całość", gdy nikt ich z przeciwników nie słyszał - "Precz z komuną" ...  najzwyczajniej w świecie absurdalnie, spalili je w libacyjnym ognisku. Z jakimś złowrogim zdało mi się  wówczas śmiechem, w jakimś wariackim transie - spalili to co z takim młodzieńczym zapałem chroniłem, bo wierzyłem, że czynię słusznie chroniąc je dla przyszłości. A może nie były już ważne ...

Napiłem się wówczas z podanej butelki. Po jaką cholerę przez tych i dla których narażając się, to czyniłem? Może wtedy bardziej dorosłem poznając ludzi, ich charaktery i to, że białe nie zawsze musi być białe a czarne - czarne.  

Dziś patrzę tępym wzrokiem na to co mnie otacza. Mając już swoje lata, przestaje wierzyć wszystkim jak leci. 

Doświadczenie mi mówi i podpowiada. A ja patrzę w już nie zaśnieżony telewizor i nie wierzę własnym oczom. Złość mnie pusta ogarnia, złość nie na ludzi, a na siebie - że tak naiwnie i durno oddałem swoją młodość, ideały i kawałek mojego życia. 

Taka mnie naszła refleksja, dzisiaj 13 grudnia, patrząc trzydzieści siedem lat wstecz.
ABAH

Szum emitowany przez echo mikrofalowego  promieniowania tła z kosmosu w telewizorze 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza